Z pamiętnika górołazów tatrzańskich

W czwartek, 1 października, blisko północy, wyruszyliśmy do Zakopanego. Z myślą, że już o 6:30 pani Urszula będzie chciała „zaciągnąć” nas w góry, wszyscy szybko poszli spać, choć nie obyło się bez pogadanek psychoanalitycznych z panem Kamilem czy wspólnej gry w tenisa stołowego na telefonie.

W piątek, na szczęście nie o 6:00, a około 8:00, zjedliśmy śniadanie, rozpakowaliśmy się i od razu popędziliśmy zdobywać Grzesia (1653 m n.p.m.). Dla niektórych Grześ okazał się za małym wyzwaniem (dla mnie też), więc postanowili zdobyć jeszcze Rakoń (1878 m n.p.m.). Nadal czuliśmy niedosyt, dlatego wyruszyliśmy na Wołowiec ( 2063 m n.p.m.!), z którego nas zwiewało, bo trafiliśmy na początek wiatru halnego. Gdy w końcu wróciliśmy do schroniska, policzyliśmy, że nasza mała grupka pokonała ponad 40 km, co było naszym osiągnięciem, biliśmy rekord zrobienia ilości kroków w ciągu jednego dnia i dosłownie nie wiem, jak znaleźliśmy siły, aby jeszcze pójść do restauracji na kolację.

Dzięki dużej dawce świeżego powietrza i wycieńczeniu fizycznemu spaliśmy jak susły. Rano obudziliśmy się (niestety tylko część z nas) z nową energią i siłą. Ci, którzy chcieli odpocząć, poszli na Krupówki, a my chyba zwariowaliśmy, bo poszliśmy zdobyć Kasprowy Wierch. Kolejka została wyłączona, więc następne 20 kilometrów zrobiliśmy naszymi, i tak już wykończonymi, z zakwasami, nogami. Ze szczytu był piękny widok, ale musieliśmy trzymać się wszyscy razem, bo wiatr był tak silny, że widzieliśmy latające rękawiczki i czapki. Nawet schronisko tego dnia było zamknięte na Kasprowym. Na szczęście każdy z nas – przynajmniej fizycznie – pozostał na ziemi i wróciliśmy cali do Zakopanego. Nie powiem, że zjedliśmy przepyszny obiad, ale przystawka na pewno warta była swojej ceny – gofry i oscypek. Kto znajdzie lepszą nagrodę po intensywnej wspinaczce?

W sobotę wieczorem część wróciła już do Warszawy, ale spokojnie: nie żeby uciec przed naszymi nauczycielami, bo nawet niektórzy się dopytywali, kiedy będzie następny wyjazd, tylko pędzili na kursy niedzielne. Pozostali niedzielę rozpoczęli od podróży do Krakowa, a potem już do Warszawy.

W tym czasie Ci, którzy wyjechali dzień wcześniej, mogli w końcu zrelaksować i rozluźnić łydki (bo one cierpiały najbardziej!) w swoim ciepłym, przytulny domu przy grzejącym kominku 😉

Autorka wspomnień: Jaśmina

Recommended Posts